Wpłaty na leczenie chłopców prosimy kierować na konto Fundacji

Alior Bank
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994
Tytułem:
21323 - Petelczyc Jacek lub 21324 Petelczyc Kacper
- darowizna na pomoc i ochronę zdrowia

Przekaż 1% podatku

W formularzu PIT wpisz numer:
KRS 0000037904

W rubryce „Informacje uzupełniające - cel szczegółowy 1%” podaj:
21323 Petelczyc Jacek

lub

21324 Petelczyc Kacper

Szanowni Darczyńcy, prosimy o zaznaczenie w zeznaniu podatkowym pola „Wyrażam zgodę”.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zachowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zachowanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2016

Odkurzamy kurz na blogu

No właśnie...., tak jak w tytule, przyszedł czas na porządek na naszym blogu. 
Ta długa przerwa spowodowała, że strasznie się tu zakurzyło :-)
Postaram się wytłumaczyć z ciszy na blogu ( choć na bieżąco piszę o chłopcach na naszym facebooku )zapraszam tam serdecznie ;-)
W naszym życiu , po za tym że na głowę wzięliśmy sobie zbyt dużo obowiązków, i zajęć dodatkowych, działo się wiele.... , było również wiele " pierwszych razy", ale żeby przypomnieć sobie je wszystkie muszę przeglądać zdjęcia i wracać do tych superowych chwil, dla nas rodziców, a co dopiero dla chłopaków.  ;-)
Po przedstawieniach Wielkanocnych zaczęliśmy intensywne przygotowania do zawodów sportowych.
Na pierwszy ogień była piłka nożna, a wiecie jak chłopcy trenują strzały do bramki ( pisałam o tym )
No kopanie i koordynacja ruchowa poszły na m bardzo " do przodu " ;-). Jacek w w/w zawodach został królem strzelców, więc cóż ja będę opisywać. 


Po zawodach piłkarskich przyszedł czas na pływanie, tutaj zdecydowanie więcej trenujemy, gdyż w naszym dotychczasowym życiu są tygodnie , że na basenie jesteśmy codziennie, więc rozumiecie potem cisze na blogu ;-)
Zawody zakończone kolejnym sukcesem. Wywalczone: 2 złota, 2 srebra i złoto w sztafecie .



Po zawodach, gdy tylko zrobiło się cieplej na dworze , postanowiliśmy nauczyć chłopaków jeździć na rolkach. Skoro ich koordynacja ruchowa bardzo się poprawiła to czemu nie spróbować .
Pojechaliśmy na zakupy , gdyż kawalerka musi sobie ostatnio wszystko sama wybierać, bo cokolwiek kupimy sami , to potem leży w szafie i nie chcą tego ubierać, więc tym razem nie ryzykowaliśmy zakupów bez dzieci ;-)
Rolki kupione, więc wyruszyliśmy na podbój naszego parku ;-) 
Matko kochana cóż to było .... katastrofa ;-) Jacek , gdyby nie tata połamałby się nam na amen ;-), za to młodszy z braci po kilku wywrotkach, kilkunastu siniakach i bolącej kości ogonowej, nie poddał się i dzisiaj śmiga na rolkach jak zawodowiec ;-)



Początek maja, piękna pogoda , zaczęliśmy przygotowania do sezonu działkowca  ( w obecnej chwili właśnie go skończyliśmy ) . Musieliśmy zrobić mały remont. 
Chłopcy byli w swoim żywiole. Kacper tak bardzo zakochał się w wkrętarce, że na 11 urodziny ( we wrześniu, czyli trochę później ) koniecznie musiał dostać sprzęt do robienia dziur w deskach ;-)



Wyremontowana i odświeżona działka, przez praktycznie całe lato stała pusta , no może z małymi wyjątkami. Wszystko za sprawą wyjazdu, a raczej powrotu z gór.
W drodze powrotnej z Leśnego parku niespodzianek , postanowiliśmy zatrzymać się na małe co nie co ;-) , szukając czegoś przy trasie natknęliśmy się na szyld informujący o restauracji, więc postanowiliśmy do niej zajrzeć. Przeszło to nasze oczekiwania, miejscówka okazała się być dla nas stworzona, po prostu idealna na weekendowe wypady i nie tylko.
Piękne łowisko, bardzo mili ludzie , zero ulicy, aut, cisza i spokój , jednym słowem raj na ziemi.
Zakochaliśmy się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia.
Na następny tydzień były już wędki, oraz złowione pierwsze ryby  i rozpoczęliśmy przygodę na łowisku. 

Pierwsze bliższe spotkanie
z pluszową rybą.


Nie straszne nam były ulewy, wichury, a zdarzyła się też burza. Chłopcy i rodzice, wręcz uzależnili się od wędkowania.
I tak większość wakacji, po za krótkimi wyjazdami ,spędziliśmy na Ochabach.
Pierwszy wspólnie złowiony
karaś ;-)
Bo jak nie my to kto....
Pierwsze karpie już złowione 

Pierwsze większe ryby złowione, więc czas na kolejny " pierwszy raz" czyli zostajemy spać w namiocie!
Odpalamy grilla, rybki przemiła pani Ania nam przygotowała, i hulaj dusza ;-)
Nocne łowy bardzo przypadły chłopcom do gustu, może dlatego, że trochę bali się spać w namiocie, w szczególności Kacper.  Przestraszony budził nas co godzinę, wystarczył mały szmer , i już był na nogach, więc do końca wakacji namiot sobie odpuściliśmy , bo taki przerywany sen, wykończyłby nam dziecko. Poczekamy do kolejnych ciepłych dni i spróbujemy ponownie.

Zamiast spać w namiocie Kacper
wyciągnął nas na nocne łowy 
Zdecydowanie moje ulubione zdjęcie :-)
Łowienia nie było końca, każdą wolną chwilę, spędzaliśmy z chłopcami na łowisku. Zaraziliśmy rybami , połowę naszej rodziny, która w późniejszym czasie chętnie nam towarzyszyła, kupując sobie przy tym własne wędki ;-). I tak właśnie zostaliśmy zapalonymi wędkarzami. 


Uzależnieni, zapomnieliśmy całkowicie o naszym basenie, rolkach i rowerach, które stoją zakurzone w piwnicy ;-)
Za to koncentracja chłopców uległa wydłużeniu na tyle, że wszyscy, którzy znali braci Petelczyc, i zobaczyli ich łowiących ryby, przecierali oczy ze zdziwienia ;-)
Nadeszły upragnione wakacje, i przyszedł czas na zaplanowany od dawna urlop.
Zabraliśmy rodzinkę, pożyczyliśmy duże auto i w dziewięć osób wyruszyliśmy szukać nowych przygód.
Jak wspomina teraz Jacek " to były moje najlepsze wakacje" , może dlatego, że kolejny " pierwszy raz w życiu" mieliśmy dwa miesiące wolnego od ośrodka. 




Tak minął nam pierwszy miesiąc wakacji. 
Ale jak już wspomniałam wcześniej w tym roku mieliśmy dwa miesiące wolnego, więc nie próżnowaliśmy, ale o tym w następnym poście, który napiszę już wkrótce. 

wtorek, 14 kwietnia 2015

Paszport

Nie wiem, jak to wszystko opiszę, gdyż wciąż jeszcze cała się trzęsę, tak mnie Jacek wyprowadził z równowagi. Ale może zacznę od początku, policzę jeszcze do dziesięciu i ....
Piękny słoneczny dzień, krokietami pachnie nasz dom, to nic , że kupne, ale za to pyszne. 
Spokojna mama udziela się w kuchni, o godzinie 14:00 wraca tata, w równie dobrym nastroju, choć trochę jakby nie wyspany, bo  o 4:30  wstawać nie jest łatwo :-)
Cisza , spokój, słychać tylko jak smaży się nam obiad. Streszczamy sobie wzajemnie dzień, i nagle, trzask, prask, i do domu wpadają bracia.   
Z rozwalonym zeszytem drzwi otwiera Kacper, pokazuje rodzicom co dziś napisała nam pani Gosia.
Chwila drzemki dla taty, i jedziemy załatwić paszport Jackowi, data ważności wkrótce się kończy, a szykują się dwa wyjazdy do Medjugorie.
Już na wejściu człowiek dostaje nerwicy, widząc stojących 40 osób przed nami, ale nic są sklepy, pochodzimy , pozwiedzamy , jakoś damy radę.
Zanim rzuciłam hasło chodźmy pozwiedzać, chłopcy jechali już  windą na drugie piętro, a że winda przeźroczysta rodzice mogli spokojnie ich obserwować. Wjechali kilka razy, i też kolejka do okienka trochę się zmniejszyła. 
 Kiedy w końcu udało nam się dostać, swoje odstaliśmy zaprosiła nas Pani zajmująca się w/w sprawami. My jak zwykle w 100% przygotowani do załatwienia sprawy nie przewidzieliśmy tylko jednej rzeczy, a mianowicie okazuje się, że Jacek ma złożyć na paszporcie swój podpis!
Nie byłoby w tym nic strasznego, gdybym mogła na to Jacka wcześniej przygotować, a tak totalna klapa. Wiemy wszyscy, że potrafi napisać swoje imię i nazwisko, ale tam się uparł, że tego nie zrobi i koniec.
Mnie szlak jasny trafił, nerwy przy tej babce, Jaca zaczyna ryczeć, i złośliwie odwraca głowę w drugą stronę.
Nie i koniec, za nic nie chce się podpisać. Kolejka do okienka chyba bardziej się przez nas wydłużyła, cała rodzinka już nerwowa, a ja myślałam, że chyba go trzepne :-) no tak jak on potrafi człowieka wyprowadzić z równowagi to chyba nikt nie potrafi.
Musiałam się wygadać, bo trochę mi wstyd, że tak łatwo dałam się ponieść emocjom.
Na szczęście podpis złożony, choć to bardziej bazgroły, ale udało się i sprawa zamknięta.
Mam nauczkę, że z młodszym trzeba będzie załatwić to trochę inaczej.

 
 

poniedziałek, 30 marca 2015

Wszystko od nowa :-(

Zawitała w końcu wiosna, uwielbiam tą porę roku, choć może powinnam napisać w czasie przeszłym ,dlaczego?....
Gdy tylko pogoda na dworze się poprawia, wszystkie dzieciaki wychodzą na dwór, biegają całymi dniami, jeżdżą na rowerach i robią wiele innych rzeczy, w których również brać udział chce Jacek.


Ma już skończone 14 lat i nie pozwala rodzicom wychodzić z Nim na dwór, więc zostajemy w domu, ale podglądamy Go z okna, i tak przechodzimy z jednego pokoju do drugiego, aby mieć pewność, że nic mu się nie dzieje.
Na naszym podwórku trochę dzieciaków się zbiera, nie wszystkie to tolerujące Jacka aniołki, są też tacy, a może jest ich nawet większość, którzy widzą w nim tylko obiekt do naśmiewania, bicia, a nawet zdarza się plucia. Nie wiem, czy któraś matka jest w stanie zrozumieć co w tej sytuacji czuję ja, mama stojąca za firanką w salonie, wylewająca morze łez.
Reakcje moje są różne, czasem obserwuję, i czekam co w danej sytuacji zrobi Jacek, a zdarza się również, że musze opieprzyć towarzystwo, bo są rzeczy na które kategorycznie nie pozwolę.
I tak mam ciężki orzech do zgryzienia, próbuję chłopcom zająć tak czas, aby nie szli na podwórko, ale nie da się całymi tygodniami temu zapobiec.
Może jestem trochę przewrażliwiona, ale ja nie po to dbam, pielęgnuję i uczę szacunku, aby ktoś, a konkretnie inni rówieśnicy ( nie wszyscy) to zniszczyli. Boję się również, żeby panowie, nie podłapali od dzieci, takiego zachowania, bo co będzie jeśli przyjmą oni do wiadomości, że tak wolno robić, bo skoro wszystkie dzieci na placu mogę mnie nie szanować, to pewnie i ja mogę wyżyć się na innych.
Może na dzisiaj zakończę , ale c.d nastąpi....


wtorek, 3 czerwca 2014

Koszmarny tydzień

Tyle się u nas w ostatnim tygodniu działo, że komputer poszedł całkowicie w odstawkę.
Cały poprzedni tydzień , był dla nas fatalny, a wszystko zaczęło się od poniedziałku od godziny 5:00, kiedy to mama z tatą źle dogadali się co do zabrania samochodu, zabrał go do pracy tata, a ja spóźniłam się na ważne spotkanie, i tak potoczył się cały tydzień.
Jacek przechodził bardzo ciężkie dni, były chwile, że bałam się, aby to nie był regres. 
Robił w domu takie "jazdy", że ciężko było go opanować. Z tego też powodu konieczne będą konsultacje psychologiczne, na które wybieramy się w najbliższym czasie.
W związku z takim , a nie innym zachowaniem Jacka, zajęć w tym felernym tygodniu doszło nam tyle, że w domu nie było czasu nawet normalnego obiadu ugotować.
W następne dni, dowiedzieliśmy się, że nasz kolega walczy w szpitalu o życie, i to już było za dużo, jak na trzy dni.
Wiedziałam, że jak się tydzień zaczął , tak pewnie też się skończy, i się nie pomyliłam :-(. Pobyt w szpitalu skończył się tragicznie.
Był czwartek , a ja miałam już serdecznie dosyć, ale został jeszcze piątek , którego szczerze mówiąc już się bałam, i słusznie , gdyż chłopcy wrócili ze szkoły cali zakatarzeni, oczy załzawione , a czoło ciepłe.
Naszpikowałam ich lekarstwami, aby od soboty układało się już w naszym życiu tak jak powinno.
Na szczęście się udało. 
I w sobotę dzieciaki byli już na równych nogach.
Pojechaliśmy na festyn do naszej świetlicy, gdzie panowie szaleli całe cztery godziny.




Dzień dziecka spędziliśmy w Chorzowie, dopisała pogoda i mogliśmy troszkę wymęczyć chłopaków, niestety kolejka po bilety do wesołego miasteczka była ogromna, stanie około 2 godziny, odpuściliśmy, wiedząc, że nie wystoją ani chłopcy, ani rodzice tyle czasu w miejscu.
Przejechaliśmy się kolejką nad parkiem zjedliśmy pyszne lody, nachodziliśmy się za cały tydzień i padnięci wróciliśmy do domu :-)
Wracamy więc pomalutku do formy, choć łatwo nie jest , ale jak mówi stare dobre przysłowie
" co nas nie zabije , to nas wzmocni" i oby tak było w naszym przypadku.








środa, 9 kwietnia 2014

Bierzmowanie Jacka

Nawet nie wiem jak zacząć pisać ten post, jeszcze chyba mnie trzyma po wczorajszym bierzmowaniu, i przedwczorajszej próbie, a łatwo nie było :-)
Na próbie wcale nie było tak kolorowo, jak myślałam, Jacek siedział nerwowo, co chwile dokuczając koledze obok.
W sumie było aż 126 bierzmowanych, więc sama próba w kościele trwała 1,5 godziny,  tego najbardziej się obawiałam, bo jak ten mój prawie dorosły , ale nadpobudliwy syn wysiedzi na Mszy pewnie z  dwie godziny.
I tu powstał mały spisek rodziców ....
Jacek od jakiegoś czasu bardzo chce mieć w domu rybkę, więc przed wyjściem na bierzmowanie obiecaliśmy pierworodnemu, że ją dostanie, ale pod warunkiem, że nie będzie nikomu w trakcie mszy przeszkadzał, i spróbuje wysiedzieć grzecznie.
I z nadzieją na udane przyjęcie Sakramentu wyruszyliśmy.
Mój brat był Jacka świadkiem, więc to on musiał sobie z nim poradzić, my rodzice można powiedzieć mieliśmy luz, ponieważ staliśmy na tyłach kościoła,  cały przód zarezerwowany był dla bierzmowanej młodzieży i ich świadków.
Nie wiem, czy rzucamy się jakoś w oczy, ale Arcybiskup wchodząc od tyłu do Kościoła, tak jakby zauważył od razu nas, podszedł na dosłownie pięć sekund, coś nas zapytał i odszedł prowadzić Mszę Świętą.


Jacka z kolegą rozsadziliśmy, po wspólnych ustaleniach stwierdziliśmy, że to bardzo ułatwi sprawę, to był strzał w 10!,
 Starszy z braci siedział jak Anioł.
W połowie, każdy z bierzmowanych podchodził do Arcybiskupa.
Na 126 bierzmowanych osób, to mój Jacuś był najbardziej zadowolonym dzieckiem w Kościele :-)
Podszedł bardzo spokojnie, i tak samo grzecznie wracał przez pół kościoła z uśmiechem :-) na twarzy i złożonymi rączkami do ławki, mówię Wam wyglądał bosko!
Mimo, iż był najniższy, najbardziej dał się zapamiętać, bo pomylił drogę powrotną ;-) i zamiast iść bokiem wrócił  środkiem kościoła, z tym swoim czarującym uśmiechem.
W sumie trwało to około dwóch godzin ,i udało się, Jacek dał radę.
Na koniec każdy podchodził do Ołtarza po prezent od Arcybiskupa, książkę ( widoczną na zdjęciu) i w tym momencie Jaca trochę nie wytrzymał i wyskoczył po nią jak z procy, ale w sumie już mógł, wysiedział w końcu pięknie dwie godziny.
Po powrocie do domu to ja padłam jako pierwsza, a chłopcy w nagrodę zamówili jeszcze pizze, i to była dla nich najlepsza nagroda, za wspaniałą postawę w kościele.
hmmmmm....... u Jacka to pozostał nam już tylko
Sakrament małżeństwa ;-) kurcze fiks  , ale mam duże dzieci ;-)


środa, 5 lutego 2014

Sami w domu

Całe szczęście ferie już się skończyły :-) Przez całe dwa tygodnie wysłuchiwałam marudzenia Jacka, że musi chodzić do szkoły.
Niestety moje dzieci nie mają łatwego życia, nie dość, że ferii nie mają w ogóle , to jeszcze w wakacje odpoczywają tylko jeden miesiąc.
O ile rehabilitacje z rodzicami można nazwać odpoczynkiem.
Rówieśnicy odpoczywali, a oni ciężko pracowali przez całe czternaście dni.
Przygotowywali występ na dzień babci i dziadka, wygrywali zawody pływackie, i robili wiele innych rzeczy o których pewnie pisałam .
Z drugiej strony, gdyby chłopcy mieli ferie, wakacje i wiele więcej wolnego od zajęć, mogliby nie zrobić aż takich postępów jakie do tej pory zrobili, a sami dobrze wiecie , że są ogromne. 
Jest jedna bardzo ważna rzecz, którą w ostatnim czasie osiągnęliśmy.
Jacek zawsze namawiał mnie, abym spokojnie poszła załatwić swoje sprawy, a on z bratem zostaną sami w domu, twierdząc oczywiście, abym w ogóle się nie martwiła , bo on świetnie sobie poradzi, i tak przez kilka tygodni obserwacji i przesiadywania na klatce pod drzwiami, zapewnili mnie, że są prawie dorośli i już na tyle odpowiedzialni, że postanowiłam ich zostawić już kilka razy na maksymalnie dwie godziny.
Fakt, iż w tym czasie do dyspozycji mają wszystko, tzn. komputer, telewizor, oczywiście telefon pod ręką itd...także na nudę nie ma czasu, w dzbanku coś do picia, nakrojone jabłka i zrobione kanapki.
Jacek i Kacper bardzo dobrze rozumieją , że bez zgody mamy nie wolno im niczego włączać, tzn. czajnika, pieca, nawet prysznica brać nie mogą ;-), mimo ,iż codziennie kąpią się bez naszej pomocy.
Szczerze mówiąc to jest milowy krok do przodu. 
W końcu nie muszę kombinować aby ich gdzieś zostawić, tylko spokojnie radzą sobie sami. 
Jakby na to nie patrzeć mam już w domu 13-latka.



Co do konkursu:

640 zgłoszonych blogów, a my na 27 miejscu

Mimo iż głosować można jeszcze do jutra do godziny 12:00

chcielibyśmy już Wam bardzo podziękować.

To ogromne wyróżnienie.




środa, 29 stycznia 2014

Zmiana frontu

Od dłuższego czasu , a w sumie od zawsze  myślałam , jak będzie przebiegał u chłopców okres dojrzewania, wiele na ten temat czytałam, rozmawiałam z innymi doświadczonymi już mamami, sięgałam porad specjalistów itd..
 Po zaczerpnięciu tej wiedzy , wiedziałam , że łatwo nie będzie,  no i się nie myliłam bo się zaczęło ...
Starszy z braci zachowuje się ostatnio jakbym nie była mu w ogóle potrzebna ,nawet jeśli próbuję mu w czymś pomóc, denerwuje się i mi na to nie pozwala, nie wspominając już o tym, że o co bym go nie poprosiła, słyszę tylko NIE! 
Dla matki nie jest to łatwe, ja osobiście mam ciężko przeczekać to z boku :-(
Od pewnego czasu w jego życiu główną role odgrywa tata, natomiast ze mną w żaden sposób nie potrafi się dogadać. Chodzi po domu i zrobi wszystko , żeby tylko sprawić mi przykrość, natomiast jeśli tylko wraca tata, zaraz zaprasza go na seans filmowy lub szuka jakiegoś zajęcia, które mogliby robić tylko we dwóch. 
Jeśli ja chcę dołączyć od razu słyszę NIE!.
Kompletnie tego nie rozumie, przecież jeszcze niedawno sam przychodził i się do mnie przytulał, wieczorami rozmawialiśmy, czytaliśmy książki , a tu nagle taka zmiana, i co gorsza nie łatwa do "przetrawienia " dla mamy.
Nie mam pomysłu jak do niego dotrzeć. 
Szlak mnie trafia , bo rozdwajam się aby w życiu mieli lepiej, i żadnej wdzięczności, tylko wymagania , a teraz odtrącania.
Jest tylko jedna rzecz z tysiąca, którą teraz robimy razem, a są to zakupy, które Jaca uwielbia, i to czas tylko dla nas, ale przecież nie robimy tego codziennie , natomiast po powrocie do domu, zmiana frontu i mama już nie jest potrzebna.
Jeśli tak wygląda okres dojrzewania to mam już dosyć...
Tłumaczę sobie to tym, że większość młodych facetów, zauważa autorytet w swoim tacie, ( dzięki Bogu ) . 
Mam tylko nadzieję, że wkrótce wróci do mnie mój mały syneczek.

✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳✳

Mnóstwo e-mail, pytań otrzymałam od Was po ostatnim poście. Proszę się nie martwić z Jackiem wszystko ok, nie zamarzł i ma się dobrze. Codziennie namawia nas aby znów iść i pomorsować , jak widać ciągle mu mało . Może uda nam się wyskoczyć w weekend, aby go trochę przymrozić ;-).
Oczywiście relacja będzie na bieżąco. 


czwartek, 16 stycznia 2014

Wszędzie dobrze ale...

ale w domu najlepiej :-), czyli wróciliśmy.

Na turnus pojechaliśmy po tym jak otrzymaliśmy na ten cel małe dofinansowanie, którego oczywiście brakło. 
Bo jak wiadomo taki turnus z prawdziwego zdarzenia, gdzie naszpikowane jest zajęciami specjalnie dopasowanymi do dziecka to koszt około 4600zł, na jednego + opiekun, a w naszym wypadku trzeba to jeszcze pomnożyć razy dwa :-( więc o czym tu mówimy, i tak super że udało nam się pojechać na taki " skromniejszy" turnusik. 
W sumie bardziej chodziło nam o czas spędzony razem, gdyż w całym roku tylko biegamy, pracujemy, ćwiczymy i nie mamy czasu dla siebie.
Pomimo tych  skromnych rehabilitacji, i zabiegów, które otrzymaliśmy, był to jeden z bardziej udanych wyjazdów jakie wspólnie mieliśmy. 
Chłopcy spisali się na medal. Byli totalnie samodzielni. 















Gdy schodziliśmy na śniadanie, obiad, czy kolacje, panowie zawsze starali się zjeść szybciej od nas, aby móc samym ( dorosłym już facetom) wyjść z jadalni wziąć klucz do pokoju i wjechać windą bez rodziców ( co do windy została jak basen całkowicie opanowana przez chłopców) , to powtarzało się po każdym posiłku, my zostawaliśmy na jadalni, a dzieciaki migiem do windy i na górę do pokoju.
Parę lat temu nie przypuszczałam, że kiedykolwiek to napiszę, ale miałam spokojny wyjazd, bez nerwów, stresów i kłótni, bo wiadomo , że czasem facetów trzeba do pionu ustawić, ale nie zawsze tego chcą, i tak rodzi się chaja.
 Tym razem nie było!  
Pogoda świetna, jak wiosna, widoki jeszcze lepsze, dzieci grzeczne, mąż się słuchał , więc czego chcieć więcej?
Parę lat temu spróbowaliśmy wyjść z chłopcami do restauracji na obiad, niestety skończyło się totalną klęską, i długo, długo poza okienkiem McDonald's od czasu do czasu,  nie zabieraliśmy ich na posiłek na miasto.
Tym razem zaryzykowaliśmy i poszliśmy do super karczmy, chłopcy zamówili sobie sami pizze, coca cole i co było poezją dla moich uszu i oczu , siedzieli i czekali,aż powiemy , że wychodzimy.
W nagrodę panowie a szczególnie Kacper mogli zagrać w bilarda.
Koniec tego chwalenia bo jeszcze przechwale ;-).


Wracamy na nasze obroty, zaczęliśmy już treningi do zawodów pływackich, które już 23.01 w Pszczynie, nie ukrywam że liczymy na pierwsze miejsce Jacy, jak w zeszłym roku. 




Jutro newsy z Ośrodka, czyli opinie chłopców odnośnie pierwszego semestru roku szkolnego. 
Ale myślę że będzie ok, bo te ogromne ich postępy widać na pierwszy rzut oka. :-)

wtorek, 22 października 2013

Biała gorączka

Po wczorajszym spacerze , i porządkach w naszym ogródku, myślałam, że będzie trochę lepiej. Chłopcy wyszaleli się , a do tego  spędzili cały dzień na dworze. Starali się bardzo pomagać rodzicom sprzątać, kosić i wyrywać chwasty.
Nic tylko ich chwalić.



Kiedyś... Ktoś....
powiedział, że nie damy rady jeździć
na rowerze :-).
Na szczęście się pomylił .
Dziś natomiast nie było już tak wesoło.
Zabrałam psa i poszłam spacerkiem po dzieci , teraz mamy trochę dalej do domu, ale pogoda za oknem przepiękna , nic tylko korzystać ;-)
Odebrałam chłopców, ze świetlicy , "zahaczyliśmy" jeszcze o fryzjera, bo Kacper wyglądał już okropnie, każdy włos uciekał w inną stronę. Pięknie wysiedział na fotelu, i jest już dużo lepiej.
Ale nie o wyglądzie Kacpra chciałam napisać, tylko o zachowaniu Jacka.
Wracając do domu starszemu z braci rozwiązał się but, normalna sprawa , więc musi zawiązać, bo potrafi. Wiąże trochę za słabo, ale daje rade, i zawsze mogę mu pomóc, ale dopiero po tym jak spróbuje zrobić to sam, i tak było tym razem, ale Jaca się uparł , że nie zawiąże i nawet nie spróbuje  !
Zrobił taką jazdę na ulicy , że wszyscy przechodnie się za nami obracali. Zaczął beczeć, piszczeć, i robić wszystko, żeby wyprowadzić mnie z równowagi, i zwrócić na siebie uwagę.
Zrobił wrażenie na wielu ludziach, ale nie do końca na mnie.
Po dwudziestu minutach  strasznych nerwów, miałam dość, ale nie ustąpiłam , nakręcając tym coraz bardziej Jacka, który widząc, że nie robi to na mnie wrażenia , ściągnął buty i szedł w samych skarpetkach. Olałam to , machnęłam  ręką , i szliśmy dalej. 
Ale gdy zaczął rzucać butami , nie dałam rady, po prostu nie wytrzymałam i go opieprzyłam . Trochę wystraszony nakręcił się jeszcze bardziej, mój błąd, ale kurcze nie dałam rady cała akcja trwała z pół godziny, każdego wytrąciłoby to z równowagi. 
Nie chcę się tłumaczyć, ale doprowadził mnie do białej gorączki.  
Tak w domu zaczęłam zastanawiać co będzie dalej?
 Za rok, za dwa, za dziesięć ?
Czy dam radę? Czy wytrzymam?
Co z chłopcami? 
Jakie będzie ich zachowanie?
Za chwile dojrzewanie, co mnie czeka? 
Kurczę tyle pytań i zero odpowiedzi. :-(
Chyba mam doła .


Skoszone, spalone i wygrabione.
Mężczyźni spisali się bardzo dobrze.



poniedziałek, 21 października 2013

Bombardowani

Następnym razem jedziemy do muzeum
wojskowego 

Jak wiadomo dziecko nadpobudliwe psychoruchowo jest bombardowane przez bodźce ,  w których nie może się połapać. Jego świat wewnętrzny jest chaotyczny i niespokojny.
Zauważam czasem , że są sytuację , jak nawet powietrze im przeszkadza i denerwuje uderzając w nich jak rakieta. Tak samo wyraźnie słyszą głos mamy , jak autobus odjeżdżający z przystanku pod domem.
Na czym się skupić ? Nie wiem !
Autobus odjeżdża , mama mówi - ubieraj się ,a w łazience brat odkręcił kran. Za dużo tego wszystkiego jak na taką małą główkę.
Najlepszą domową terapią jest rutyna, dokładnie zaplanowane danego dnia daje im poczucie bezpieczeństwa.
Dzieci nadpobudliwe wytrąca z równowagi to wszystko co jest nagłe.
Dlatego w naszym domu mamy dokładnie zaplanowany plan dnia. Już wieczorem ustalamy co będziemy robić dnia następnego , mówimy o tym ze sto razy, ponieważ chłopcy i tak co chwile pytają o to samo.

Od dwóch tygodni planowaliśmy wyjazd do Częstochowy , ten dzień nadszedł właśnie w niedziele, gdyż Jacek nie dawał nam już żyć. Codziennie od nieudanej pielgrzymki pytał kiedy w końcu pojedziemy.
Więc jako-tako był przygotowany do wyjazdu.
Pogoda świetna więc z niej skorzystaliśmy.

Jeden ucieka. Drugi próbuje wyprowadzić mnie z
równowagi, a trzeci próbuje to
wszystko uchwycić
na zdjęciu.
Normalna rodzina?

Na miejscu ludzi mnóstwo , chłopcy rozbiegli się i całe szczęście , że byliśmy wszyscy razem bo potrzebowali nieustającej obserwacji.
Wszędzie było ich pełno, wspinali się na mury , nie zbyt zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa.
Mama mało zawału nie dostała , kiedy wspięli się na murek , który był na wysokości może z 10 metrów.



Kurcze tak bardzo chciałabym im "dogodzić" ulżyć i za cholerę nie wiem jak!
Fajnie byłoby wyjść bez stresów, nerwów i tych głupich bodźców .
Chyba nie dane mi będzie wyjść z chłopcami i się tym relaksować.

Po niebezpiecznej wspinaczce
wzięłam starszego z braci w swoje ręce

Zestresowanym rodzicom
Dzieci postanowiły też zrobić zdjęcie :-)


Dziś Częstochowa , jutro Filharmonia , i znów problem, bo trzeba ubrać białą koszulę, której to Jacula nie może strawić i za Chiny nie ubierze.'
Więc znów musimy iść na kompromis , nie pójdzie ubrany na biało czarno , tylko na czarno, bo inna opcja nie przejdzie.